Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
369 postów 12589 komentarzy

KOSSOBOR

KOSSOBOR - Niby z porządnej rodziny, a do komedyantów przystała. Ci artyści...

Jan Wedel - o własności i doktrynie.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

"Jan Wedel siedzi na ławce w parku i spogląda na swoją fabrykę, czyli o własności i doktrynie."

 Tekst opublikowany w drugim numerze "Szkoły Nawigatorów", kwartalnika wydawanego przez Gabriela Maciejewskiego, Coryllusa.

 

 

 

 

 
Tylko trzy pokolenia Wedlów – trzech niezmiernie pracowitych i roztropnych przedsiębiorców, Karol, Emil i Jan - sprawiły, że ich rodzinna firma doszła do ogromnej potęgi, a oni sami do wielkiego majątku.   Była to potęga w branży cukierniczej, a więc spożywczej – bardzo ważnej gałęzi wytwórczości  na ziemiach  polskich.  Jednak nawet w tej branży Wedlowie wyprzedzili wszystkich pozostałych:  Semadeniego, Lardellego, Bliklego czy  Fuchsa. W samej Warszawie przemysł spożywczy był na drugim miejscu po przemyśle metalowym.
 
Warszawa, leżąca na szlaku wschód – zachód i Królestwo  musiały być  bardzo atrakcyjnym miejscem dla rozkręcania interesów;  przybywali tu liczni przedsiębiorcy i rzemieślnicy z Niemiec, Austrii, Włoch czy Szwajcarii, dołączając do już tu osiadłych Żydów z Hiszpanii, Litwy i Białorusi, włoskich artystów, francuskich i rosyjskich architektów i budowniczych, wojskowych, uczonych, kupców, bankierów i lekarzy z Niemiec i Szkocji.    
 
 
Gdy Karol Wedel (ur. W 1813 roku w Ilensfeld – zm. w 1902 roku w Warszawie), odpowiadając na ogłoszenie w berlińskiej prasie, które zamieścił poszukujący pracowników właściciel cukierni warszawskiej Grohnert ,  jechał w 1845 roku dyliżansem do Polski, wraz z nim tymże dyliżansem jechali werkmajster Gustaw Gerlach i drogista, czyli specjalista od środków drogeryjno – chemicznych, Fryderyk Puls. Gerlach założył Fabrykę Instrumentów Geodezyjnych i Rysunkowych, a Puls – Fabrykę Mydeł Toaletowych, Perfum i Wyrobów Kosmetycznych. Karol Wedel natomiast, po praktykach cukierniczych w Berlinie, Londynie i Paryżu – myślał o fabryce czekolady. Tak też się stało, gdy po czterech latach pracy u Grohnerta i dwu latach spółki z nim, założył w 1851 roku własną cukiernię. Urządzona gustownie i oferująca spory asortyment wyrobów cukiernia wraz z wytwórnią czekolady na zapleczu mieściła się przy ulicy Miodowej. Już w pierwszym roku istnienia cukiernia Wedla, poza wieloma wyrobami cukierniczymi i czekoladowymi,  podawała do 500 filiżanek czekolady dziennie.
Początkowo Karol Wedel  wraz z żoną sami zajmowali  się wytwarzaniem słodyczy. Mieli do pomocy dwóch czeladników. Już jednak po dwóch latach cukiernik sprowadził kilku nowych  z Berlina i Wiednia. Firma rozwijała się szybko; jej wyroby były bardzo dobrej jakości, ceny przystępne, a wszystko wspomagała bardzo umiejętna reklama. Jedną z nich, reklamę masła kakaowego musimy tu koniecznie przytoczyć dla ówczesnego obrazu i kolorytu: 
 
„”Będąc zawsze w chęci, dogodnego i przyjemnego usłużenia Szanownej Publiczności artykułami Zakładu mego, i już zaszczycony Jej względami, spodziewam się, że ten nowy wyrób mój znajdzie życzliwy pokup, z nim też więc polecam się.”
 
 
Jednocześnie firma Wedla zajmowała się obrotem nieruchomościami na znaczną skalę. Jeżeli tak – musiała mieć mocne oparcie wśród tutejszej, niemieckiej imigracji. O tym należy pamiętać.
Dochody z obu tych aktywności pozwoliły Wedlowi wybudować czteropiętrową kamienicę przy ulicy Wielkiej, a po jej sprzedaniu nabyć  kamienicę przy Szpitalnej.
Gdy w przededniu wybuchu Powstania Styczniowego warszawscy cukiernicy składali się na msze patriotyczne, Karol Wedel, będąc i czując się Niemcem, nie chcąc mieszać się w sprawy mu obce, nie przyłączył się do tej akcji. Władysław Mickiewicz pisze, że podczas jednej z ulicznych manifestacji zdemolowano Wedlowi cukiernię i czasowo krąg klienteli znacznie się zmniejszył. Szybko jednak o całym incydencie zapomniano, a firma rozwijała się bez przeszkód.
 
 
Syn Karola Wedla, Emil /ur.  w 1841r. w Warszawie – zm. W 1919r. w Warszawie/ poszedł w ślady ojca:  poza nauką w szkołach terminował w cukierni i wytwórni, zdobywając  w cukierniczym cechu wyzwolenie na czeladnika, a potem na majstra. Po powrocie z praktyk w Niemczech, Szwajcarii, Anglii i Francji został w 1872 roku właścicielem firmy.  W 1880 roku sprzedał Miodową i przeniósł fabrykę do oficyn kamienicy przy Szpitalnej, modernizując i powiększając zakład, a na przyległym terenie urządził ogród, sad i warzywnik. Ogród, zielarstwo i kwiaty były bowiem prawdziwą pasją Emila Wedla. Był też znanym społecznikiem, brał udział w inicjatywach Warszawskiego Towarzystwa Higienicznego, energicznie działał na rzecz cechu rzemieślników warszawskich, a także  zasiadał w wielu komitetach i instytucjach Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego. Wedlowie bowiem byli i pozostali protestantami, powiązanymi więzami rodzinnymi i towarzyskimi z liczną imigracją niemiecką w Warszawie i poza nią. Emil Wedel zasymilował się już w dużym stopniu na gruncie polskim;  wraz z żoną swoje dzieci  wychowywali po polsku.
Inwestując w rozwój firmy, jednocześnie wystawił Wedel słynną, reprezentacyjną, trzypiętrową   kamienicę przy Szpitalnej, zaprojektowaną przez znanego architekta Franciszka Baumana, której wnętrza zostały urządzone starannie i bardzo bogato. Na parterze otwarto w 1894 roku okazały, luksusowy sklep, zwany Staroświeckim Sklepem, wraz z pijalnią czekolady, a następnie kolejne  sklepy firmowe, w doskonałych punktach miasta. Od 1900 roku wyroby Wedla zaczęto również eksportować . Szybko zdobyły sobie uznanie na europejskich rynkach  -  świadczą o tym dyplomy i medale międzynarodowych wystaw.
 
 
Unowocześniana systematycznie firma rozwijała się znakomicie, wspierana umiejętną reklamą, współpracując z najlepszymi , warszawskimi grafikami, projektującymi opakowania  do wyrobów wedlowskich.  Sypały się zamówienia, pojawiły się nawet podróbki produktów Wedla – stąd też Emil Wedel zaczął opatrywać wyroby swojej fabryki własnym podpisem: E. Wedel, by ustrzec się nieuczciwej konkurencji.
„Od dnia dzisiejszego każda tabliczka czekolady, pochodząca z mojej fabryki, opatrzona będzie na sobie we własnoręczny mój podpis. Wszelkie zatem czekolady nie opatrzone w stemple mojej fabryki i nie mające na etykiecie mojego podpisu, uważane być powinny za nie pochodzące z fabryki podpisanego.” E. Wedel.
 
 
W zakładzie panowały stosunki patriarchalne, wedle rzemieślniczej tradycji rodzinnej;  Emil Wedel znał każdego pracownika, jadano wspólne posiłki, dzieci pracowników wychowywały się niemal pod okiem chlebodawców. Tej rzemieślniczej tradycji chciał Wedel pozostać wiernym i nie był już zainteresowany rozwojem fabryki ponad pięćdziesięciu zatrudnionych.  „ Nie mam chęci ani zamiaru powiększania fabryki,  bo ja chcę znać naprawdę wszystkich moich pracowników, z nimi razem pracować, jadać i bawić się” – mawiał uparcie. Wystarczało mu już zupełnie to, co miał.
Jak czytamy, po śmierci Emila Wedla rodzina przekazała znaczne sumy Kościołowi Ewangelicko- Augsburskiemu na cele charytatywne.  /W granicach państwa polskiego po 1918 roku znalazło się 900 000 ewangelików, należących do różnych Kościołów tego wyznania./
 
 
Tak więc wizja, praca i obrotność dwu pokoleń tradycyjnych rzemieślników, a i zapewne sprzyjające warunki ekonomiczne  sprawiły, że Wedlowie mocno osadzili się na polskim gruncie i doszli tutaj do sporego majątku.
 
 
Trzecim tytanem, któremu firma Wedel zawdzięczała niesłychany, wprost fantastyczny rozwój był Jan /ur. w 1874 r. w Warszawie –  zm. w 1960 r. w Warszawie/. I to właśnie Janowi przyszło zmierzyć się z doktryną, a raczej doktryna zmierzyła się z nim.  Nie miał szans. Ale zacznijmy od początku wiedząc już, na jak mocnym gruncie mógł stanąć Jan Wedel, gdy w 1923 roku, po śmierci matki,  która roztropnie i z sukcesem /firma nie doznała najmniejszego uszczerbku/ przeprowadziła fabrykę przez trudny okres odzyskania przez Polskę niepodległości -  przejął całkowitą kontrolę nad firmą. Chcemy tu opisać możliwości , jakie daje  własność, wypracowana własnym trudem, talentem i przedsiębiorczością. Historia firmy Wedel jest tego doskonałą ilustracją, a dokonania Jana Wedla – wprost niebywałe.
 
 
Ambicją Emila Wedla było danie swojemu jedynemu synowi wyższego wykształcenia. Po ukończeniu więc  gimnazjum w Warszawie, Jan rozpoczyna studia w Koenigliche Technische Hochschule w Berlinie, a następnie udaje się do Szwajcarii, na uniwersytet we Fryburgu. W  1899 roku kończy tę uczelnię z wynikiem bardzo dobrym i  uzyskuje doktorat na Wydziale Chemii. Wiedząc, że w przyszłości będzie następcą swego ojca w rodzinnej fabryce, postanawia uzupełnić studia chemiczne naukami technicznymi i inżynieryjnymi na Wydziale Mechanicznym politechniki w Charlottenburgu. Opanowuje też język niemiecki, angielski i francuski, interesuje się osiągnięciami  przemysłu – zwłaszcza cukierniczego - w Szwajcarii, Niemczech, Francji i Anglii.
Wróciwszy do Warszawy, Jan rozpoczyna pracę w fabryce ojca od najniższych szczebli. Pierwsze wynagrodzenie otrzymuje dopiero w 1912 roku i przeznacza je na zakład opiekuńczy dla chłopców, prowadzony przez zbór ewangelicki.  
Przekształceń własnościowych  firmy Wedlowie dokonywali w rodzinie; nie mając własnych potomków, dr Jan Wedel utworzył spółkę akcyjną ze swoimi dwiema siostrami, zachowując jednakże jednoosobowy zarząd, który przejął.
 
 
Znakomicie wykształcony i obeznany na skutek wielu podróży ze światem,  z najnowszymi osiągnięciami interesujących go przemysłów, z nowoczesnym zarządzaniem i organizacją pracy,  z rozmachem rozwojowym przedsiębiorstw na Zachodzie, dr Jan Wedel rozpoczął zupełnie nowy okres w życiu rodzinnej firmy.  Postanawia konsekwentnie ją unowocześniać i  rozwijać fabrykę ostrożnie, acz nieustannie.  Szczególnie baczył na  dobór pracowników, zatrudniając ludzi o wysokich kwalifikacjach zawodowych i nieskazitelnych charakterach. Administrację ograniczył do najkonieczniejszego minimum.  Każdy nowicjusz musiał przejść i zapoznać się ze wszystkimi  działami  produkcji, zanim stał się pełnoprawnym pracownikiem.
Tajemnicą doskonałych wyrobów wedlowskich była niezwykła dbałość o jakość surowca.  Ale też i dr Wedel  potrafił po wyglądzie, zapachu i smaku bezcennego ziarna kakaowego rozpoznać nawet plantację, z której pochodziło! By dysponować najlepszym, sprawdzonym surowcem,  dr Wedel planował założenie swoich  górskich farm mlecznych na wzór farm szwajcarskich i zakupienie własnych plantacji kakaowców w różnych krajach.  Plany te, które weszły już w pierwsze stadia realizacji, przekreślił wybuch II wojny światowej. Nigdy też nie używano do produkcji dodatków syntetycznych, a stosowano stare koniaki /wyszukiwano określone roczniki!/, wina i aromatyczne owoce.
 
 
Z czasem zapotrzebowanie na doskonałe wyroby Wedla rozszerza się  na całą Polskę.  W wielu polskich miastach powstają wytworne sklepy firmowe, zawsze zaopatrywane w najświeższy asortyment towarów.  Asortyment ten był stale rozszerzany o nowe, atrakcyjne produkty, wspierane niezwykle umiejętną i skuteczną reklamą.  Sklep Wedla powstaje również w Paryżu, słodycze wedlowskie są eksportowane do wielu krajów.   Dr Wedel projektował i realizował również ekspansję na  Stany Zjednoczone, aczkolwiek  żaden z produktów tam eksportowanych nie mógł zawierać kropli alkoholu ze względu na fioła prohibicyjnego  Amerykanów…  
W 1928 roku transport konny w firmie został całkowicie zastąpiony transportem samochodowym, a w latach 30-tych Wedel zakupił samolot RWD do szybkiego transportu delikatnego towaru.  Poświęcony przez księdza, błękitno- srebrny samolot  był latającą reklamą fabryki.
 
 
Żelazną zasadą Jana Wedla /także Karola i Emila/ było nie uzależnianie się od obcego kapitału,  a wypracowanie  kapitału własnego,  przeznaczanie całej nadwyżki z obrotu – czyli dochodu – na modernizację i rozwój firmy, uposażanie pracowników tak, by można było sobie dobierać najlepszych spośród najlepszych.  Stawiając na wysoką jakość, Wedel nawet w czasie kryzysu /1930 – 1933/, gdy firmy konkurencyjne prześcigały się w kredytach, rabatach i prowizjach – nie zmienił warunków sprzedaży.  Mało tego – rozpoczął budowę nowej, wielkiej fabryki na Pradze, na ul. Zamoyskiego,  wykorzystując działkę, którą ongi nabył Emil Wedel.  Dr Wedel omawiał z architektami  wszystkie sprawy budowlane,  zwłaszcza te, które miały usprawnić proces produkcji. Budował w oparciu o kapitał własny, mimo zakupu kolejnej nieruchomości – kamienicy przy ul. Foksal  - za ogromną sumę pieniędzy. Przyjaciele Wedla mówili o tej budowie w czasie kryzysu światowego:  „Janek Wedel zwariował…”  i wróżyli mu plajtę.  Gdy jednak kryzys minął, konkurencja została ze starymi maszynami,  a  na Zamoyskiego pracowała już nowoczesna fabryka .  To ta, która stoi tam do dzisiaj.
 
 
W 1939 roku firma Wedla zatrudniała 1350 pracowników.
Jeszcze na Szpitalnej, w 1928 roku, po krótkim strajku pracowników, zorganizowanym przez Związek Spożywców, Wedel zgodził się na postulowaną przez pracowników podwyżkę płac.  Dwa lata później nie ustąpił, gdy część załogi strajkowała przez trzy tygodnie w obronie wydalonego z pracy związkowca.  Już w nowej fabryce, na Zamoyskiego, doniesiono Wedlowi, że ma w zakładzie zalążek komunistycznej  jaczejki – jednakże dr Wedel uznał, iż tenże  komunista jest dobrym  pracownikiem  i nie wyrzucił go z pracy.  Natomiast na fotografii z 1944 roku, na której „załoga wita polskich żołnierzy”, widać ptasi profil Mariana Spychalskiego, wówczas pułkownika i prezydenta Warszawy, który w następnym roku zostaje dwukrotnie mianowany generałem: w lutym – brygady, a w maju – dywizji.  Spychalski - to była już personifikacja  doktryny.  Fabryka i majątek Wedla były dla doktryny niezwykle łakomym kąskiem – taka fantastyczna własność i niebywałe wprost możliwości, które ta własność dawała  „krwiopijcy”!
 
 
Opiszemy tutaj – właśnie ze względu na doktrynę, a raczej na jej „hasła dla mas”  oraz inteligencji  pracującej – sytuację bytową i socjalną pracowników, której dr Wedel poświęcał wiele uwagi. Opiszemy również możliwości działania w oparciu o własność w czasie niezwykle trudnym – w czasie wojny i okupacji niemieckiej.
 
 
Pracownicy otrzymywali z początkiem każdego roku dziesięcioprocentową podwyżkę, niezależnie od indywidualnych podwyżek awansowych. Zgodnie z tradycją firmy pracownicy otrzymywali 13 i 14 pensję z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy, a także paczki z wyrobami firmy. Po ośmiu latach pobory pracownika miesięcznego przekraczały co najmniej dwukrotnie pierwotną pensję, a po dwunastu – minimum trzykrotnie, niezależnie od podwyżek indywidualnych. Warunkiem była bezwzględna uczciwość – kradzieży Jan Wedel nie tolerował. Omijając skutecznie krępujące postanowienia Zrzeszenia Producentów Branży Cukierniczej zabiegał o podwyżki płac robotników dniówkowych.  Wprowadził dla tej kategorii  dodatkowe pobory za okres dwóch tygodni z okazji Świąt Bożego Narodzenia.  Płace u Wedla były stosunkowo wysokie, praca w fabryce była ceniona i trudno było ją uzyskać.
Na sąsiadującej z fabryką posesji Wedel wybudował dom mieszkalny dla pracowników, a przy nim pomieszczenie na klub robotniczy wraz z salą teatralną i urządzeniami sportowymi. Założył i dobrze wyposażył w sprzęt klub sportowy „Rywal”, z sekcjami m.in. piłki nożnej, zapaśniczą, bokserską, kolarską, lekkoatletyczną. W sali teatralno-widowiskowej, mogącej pomieścić ponad 500 osób /po wojnie była tam siedziba Teatru Powszechnego/,  działały chór, orkiestra dęta i kółko dramatyczne. Kółko dramatyczne zamieniło się w grupę teatralną, prowadzoną przez specjalnie powołanego instruktora. Dla orkiestry Wedel  zakupił instrumenty i zatrudnił zawodowego kapelmistrza.  Zajęcia  odbywały się w godzinach pracy, a robotnicy- muzycy byli zwalniani z obowiązków na czas prób. W lokalu klubu robotniczego odbywały się kursy kroju i szycia dla kobiet.
Z czasem Wedel wybudował w kilku punktach miasta, poczynając od najbliższego otoczenia fabryki na ul. Zamoyskiego, szereg domów dla swoich pracowników. Najbardziej okazały był ciąg kamienic  w stylu wczesnego modernizmu przy ul. Puławskiej. Czynsze w tych budynkach dla pracowników wedlowskich były bardzo niskie.  Pod koniec lat 30., gdy wraz z produkcją rosła liczba zatrudnionych, Jan Wedel planował budowę kolejnego osiedla dla pracowników; miały być to domki jedno- i dwurodzinne, otoczone zielenią, z punktem centralnym na klub i plac sportowy.  Jednocześnie udzielał pożyczek długoletnim pracownikom na budowę własnych domów, które to pożyczki często umarzano po spłaceniu ich części.  
W fabryce działała stołówka pracownicza, z której chętnie korzystano, bowiem opłaty za smaczne i tanie potrawy  były w cenie hurtowej surowców. Kuchnia ta wydawała nawet obiady dietetyczne.
Rozbudowując zakład o kolejne skrzydło zorganizowano – wobec licznej załogi kobiecej - żłobek według najnowszych wzorów, z którymi  Jan Wedel zapoznawał się podczas  swoich licznych podróży zagranicznych. A więc były nowoczesne sale przyjęć   dla matek oraz oddzielne rozbieralnie dla dzieci, które po przebraniu w bieliznę żłobka i po przebadaniu przez lekarza, były całkowicie odizolowane i otoczone opieką fachowej obsługi. Dla nieco starszych dzieci funkcjonowało przedszkole.  Wszystkie dzieci otrzymywały pełnokaloryczne wyżywienie, przygotowywane w oddzielnej kuchni. Urządzono o wysokim standardzie i wyposażono specjalistycznie gabinety lekarski i dentystyczny. Opieką medyczną lekarską i pielęgniarską była objęta cała załoga. Wszystkie te świadczenia były nieodpłatne, na koszt fabryki.
Wobec konsekwentnie wymaganej przez Wedla przestrzegania higieny, jeszcze w zakładzie na Szpitalnej pracownicy otrzymywali bezpłatne bony kąpielowe, które byli zobowiązani regularnie wykorzystywać.  W nowej fabryce, na Zamoyskiego, „kąpieliska” były pierwszymi urządzeniami w zakresie higieny, obok licznych umywalni i punktów sanitarnych. Na pobliskim jeziorku urządzono basen do wykorzystania przez pracowników.  Fabryczna pralnia dbała o czystość odzieży roboczej – fartuchów i czepków.
Nawet komunista Bolesław Waszul , pracownik Wedla, musiał przyznać, iż „Warunki pracy i płacy u Wedla nie sprzyjały propagandzie antykapitalistycznej”, a jego samego Wedel nie wyrzucił z pracy za przynależność polityczną, gdy mu o niej doniesiono. Nie szykanował też nikogo z powodu poglądów politycznych.  Dla Wedla liczyło się to, czy jego pracownik  pracuje dobrze.
W pobliżu fabryki, na Kamionku, Jan Wedel ufundował kościół rzymsko- katolicki pod wezwaniem Matki Boskiej Zwycięskiej.
Na własnej ziemi, w Świdrze, zorganizował dla swoich pracowników dom wypoczynkowy; korzystali z niego za niewielką opłatą podczas dwutygodniowych urlopów. Frekwencja była znaczna, więc szybko powiększono liczbę miejsc.
 
 
Pracę u Wedla bardzo sobie ceniono. Współpraca z firmą była równie cenna dla kontrahentów  – Wedel wymagał jednak bezwzględnie rzetelności kupieckiej i najmniejsze problemy z jakością dostarczanego surowca skutkowały zerwaniem kontraktu.
Zgodnie z tradycjami rodzinnymi łożył znaczne sumy na potrzeby publiczne, na cele społeczne i charytatywne. Wyroby wedlowskie stale wspierały Komitet Opieki Społecznej. Garnącą się do nauki młodzież kształcił na własny koszt w szkołach Zgromadzenia Kupców. Był jednym z fundatorów i członków Komitetu Budowlanego Filharmonii Warszawskiej. Warszawa zawdzięcza Janowi Wedlowi także pomnik Ignacego Paderewskiego.
 
 
Równolegle trwała rozbudowa i stała modernizacja oraz automatyzacja fabryki, i rozbudowa sieci handlowej, powiększano asortyment produkowanych wyrobów /ponad sto pozycji/, umiejętnie i ciekawie rozwijano reklamę, rósł   eksport. W samej Warszawie było już dwanaście sklepów wedlowskich, a poza stolicą – sklepy funkcjonowały w 13 miastach Polski, w tym sklepy sezonowe w Ciechocinku i Rabce.  Zmieniono również ich wystrój na nowocześniejszy i  wytworniejszy.  Zazwyczaj przytacza się doskonałą anegdotę o ekspansji reklam wedlowskich na dworcach kolejowych:  goszczący z wizytą w Polsce król Afganistanu widział na stacjach duże napisy E. Wedel. Imaginował sobie, że to na jego cześć. Wysiadłszy na Dworcu Głównym, odpowiedział witającemu go szefowi protokołu: „ewedel” sądząc, iż czyni równą uprzejmość gospodarzom, jak oni jemu. Na światowych targach w Nowym Jorku pawilon Wedla zrobił prawdziwą konkietę; nie nadążano z dowozem świeżego towaru.  
 
 
Był już jednak rok 1939…
Dr Wedel liczył się z wybuchem wojny i poczynił stosowne przygotowania, z których najważniejszym było zabezpieczenie fabryki w surowce pochodzenia zagranicznego,  w tym w ziarno kakaowe. Niezależnie od tego, na apel rządu o dozbrojenie armii , kupił trzy ciężkie karabiny maszynowe przekazane wojsku. Samochody dostawcze oddano na cele wojenne wojska i administracji.
 
 
Na terenie fabryki były już własne studnia artezyjska i elektrownia, pracująca w systemie oszczędnościowym, wykorzystując parę powracającą z produkcji. To okaże się niezwykle ważne dla ludzi wobec działań wojennych i zniszczeń, jakie przyniosły. Bombardowanie Warszawy dotknęło i fabrykę na Pradze, w której stacjonowało Wojsko Polskie.  Szalenie ofiarna postawa załogi , z której przecież część podlegała mobilizacji i ruszyła na wojnę, sprawiła, że w sumie nie dopuszczono do większych strat poza wynikłymi od  uderzeń bomb. Wtedy właśnie elektrownia wedlowska zasilała  sporą część Pragi pozbawionej prądu. Najpilniejsze, wobec nadciągającej zimy, było ponowne oszklenie fabryki  po wrześniowych bombardowaniach. I to udało się zrobić, a także udostępnić szkło pracownikom, by naprawili szkody we własnych domach. 1 października 1939 roku rozpoczęto  ponownie pracę, przygotowując się do wznowienia produkcji. Temperatura w halach fabrycznych rzadko jednak przekraczała 5 stopni C., trudno było  bowiem o dostawę  odpowiedniej ilości koksu. Mimo tego – ludzie pracowali bardzo ofiarnie.  Wobec ogromnych kłopotów aprowizacyjnych po miesięcznym oblężeniu i bombardowaniu Warszawy, Wedel uruchamia na terenie fabryki gotowanie i wydawanie zupy, by jakoś zapobiec  brakom w wyżywieniu – mówiono, że Wedel dosłownie żywił Warszawę, a pracownicy, którzy zgłosili się do pracy otrzymują przez całą okupację comiesięczne deputaty żywnościowe: 3 kg cukru, 3 kg mąki i 3 kg solonego masła.
 
 
Po zajęciu Warszawy Niemcy, ewidencjonując zapasy surowców i żywności w mieście,  objęli sekwestrem wszystkie zapasy ziarna kakaowego fabryki i – oczywiście - zabronili sprzedaży wyrobów czekoladowych ludności polskiej. Czekolada miała być odtąd „nur fu”r Deutsche”.  Dyrekcja fabryki jednak nie ujawniła wszystkiego, co pozwoliło jej omijać narzucone przez Niemców plany produkcyjne i zawsze  mieć do dyspozycji pewną ilość wyrobów czekoladowych poza kontrolą okupanta. Wydawano z nich pracownikom słodkie deputaty w naturze i sprzedawano je ludności poza systemem kartkowym. Te ukryte nadwyżki produkcji były też niezwykle cennym i skutecznym środkiem na wykupywanie aresztowanych ludzi z rąk Gestapo. Ponieważ Niemcy były państwem socjalistycznym,  w którym doktryna również poczynała sobie brawurowo, przeto „Zjednoczenie Gospodarki Cukrem i Słodyczami”  narzucało plany i normy, w tym dopuszczalne ubytki przy produkcji.  To pozwalało na oszczędności surowców /mąki, cukru, tłuszczów/, którymi wspierano załogę. Deputaty żywnościowe i cukiernicze pozwoliły na handel na  czarnym  rynku, dzięki któremu pracownicy Wedla mogli zaopatrywać się w inne, niezbędne do życia artykuły, jak skórę podeszwową,  buty, kalosze, mydło itp. Pieniądz bowiem tracił na wartości i najlepszym środkiem płatniczym był konkretny towar. Miesięczny deputat w czasie okupacji dla pracowników zawierał:  2 kg cukru, 3 kg mąki, ½ l oleju, ½ l wódki, 1 kg marmolady, papierosy i 8 kg landryn i karmelków. Talony deputatowe chętnie wykupywali hurtownicy, zaopatrując  w cenny towar sklepy.  „Nielegalne” transakcje pozwoliły dyrekcji na ponowne uruchomienie stołówki, która w okresie zimowym wydawała dodatkowo zupy regeneracyjne.  Zbyt dociekliwych inspektorów niemieckich /socjalizm bez inspektorów – jak wiemy – nie może istnieć/ kontrolujących zakład przekonywano skutecznie słodkimi paczkami.  Co było bardzo ważne, ponieważ dyrekcja, omijając niemieckie przepisy i narzucane normy, balansowała na cienkiej linie, mając w gronie załogi kilku folksdojczów i konfidentów. Jeden z nich został zlikwidowany na terenie fabryki przez podziemie. Wykupywano również pracowników, którzy wpadali w łapankach w Warszawie.  Niestety, nie zawsze udawało się zapobiec wszystkim aresztowaniom, wywózkom do obozów koncentracyjnych, czy rozprawianiu się Niemców z podziemiem – w pierwszym roku okupacji Niemcy aresztowali i zamordowali siedmiu członków klubu „Rywal”.  
Fabryka zaczęła również nielegalnie  kupować znaczne ilości pszenicy, z których na fabrycznych urządzeniach wytwarzano mąkę i pieczono chleb, rozdzielany między pracowników. 
Z poukrywanych  i wygospodarowanych ponad normy surowców – a przypomnijmy, iż czekoladę mógł Wedel produkować jedynie dla Niemców, dla Wehrmachtu – produkowano czekolady i rozmaite wyroby, które wysyłano w paczkach do jeńców wojennych w stalagach i oflagach, a także, wraz z produktami żywnościowymi, do więźniów obozów koncentracyjnych.  Wspomagano również ludzi kultury i nauki – ze stałej pomocy Wedla korzystało stale około stu osób z tych środowisk. Wedel objął patronatem również Szpital Ujazdowski.  Przy fabryce założono także… hodowlę świń. Połowę mięsa miała otrzymywać administracja niemiecka, a reszta służyła pracownikom wedlowskim. Na swoich terenach, zakupionych przed wojną,  Dr Wedel wytyczył pracownikom 160 działek pod uprawę warzyw. 
Poza bezpośrednim „wykupem” ludzi z Gestapo za słodkie łapówki, Wedel również wyciągał pracowników z obozów koncentracyjnych, jako „niezbędnych fachowców do produkcji”.  Bo przecież skoro jego fabryka produkowała dla Wehrmachtu, to  fachowcy byli nieodzowni i ten argument, wraz ze słodkimi  paczkami, były dostateczne. Doktor załatwiał również karty pracy w Arbeitsamcie, co chroniło pracowników przed wywózką na roboty przymusowe do Niemiec.
Na skutek osobistej inicjatywy dra Wedla – wobec dramatycznej, niemieckiej polityki oświatowej narzuconej  Polakom  -  wprowadzono na terenie fabryki tajne nauczanie dla dzieci pracowników przez specjalnie zatrudnioną nauczycielkę. Szkoła funkcjonowała pod nazwą „przedszkola dla dzieci starszych”. 
 
 
Sytuacja wojenna mocno ograniczała produkcję, a z czasem Niemcy zakazali fabryce wypuszczać produkty na rynek. Sklepy firmowe  zostały odcięte od dostaw towaru i wówczas Wedel postanowił, że będą w nich sprzedawać zabawki. Tym samym utrzymał sklepy i ich załogi, a wielu chałupniczych wytwórców znalazło zbyt na swoje towary.
 
 
Jan Wedel dużo ryzykował, jego fabryka była bowiem włączona do grona dostawców wojskowych , a więc i kontrola była surowsza - uzbrojone patrole pojawiały się na terenie fabryki coraz częściej. Był jednak w dalszym ciągu właścicielem i wszystkie powyższe decyzje należały do niego.  Istotnym kłopotem Jana Wedla był stały nacisk Niemców, by wpisał się na Volkslistę, jako, naturalnie, Reichsdeutsch /najwyższa grupa Volkslisty/. Niemcom bardzo na tym zależało i swoje naciski na Wedla /z pochodzenia przecież Niemca, przedsiębiorcy o ogromnych osiągnięciach/ powtarzali wielokrotnie,  kusząc go wieloma ułatwieniami, zwolnieniami, przywilejami, w tym lepszą sytuacją zatrudnionych w fabryce pracowników. Wedel – z serca przecież Polak – wykręcał się skutecznie. Ów wówczas sześćdziesięciokilkuletni pan twierdził: „Od kilkudziesięciu lat chodzę po fabryce wśród swoich ludzi i oni wiedzą, że jestem Polakiem, a teraz, mając już siwe włosy, miałbym przyjść do nich i powiedzieć, że to była nieprawda, że ja oszukiwałem ich przez kilkadziesiąt lat. Czy mógłbym pójść do nich, spojrzeć im w oczy i chcieć od nich, ażeby mieli do mnie w dalszym ciągu zaufanie?  Takie posunięcie uniemożliwiłoby mi dalsze kierowanie fabryką”.  Wersji tej trzymał się uparcie i w końcu Gestapo dało za wygraną. Kosztowało to go jednak utratę willi w Konstancinie i kompleksu budynków przy ul. Puławskiej, zarekwirowanych przez Niemców.
 
 
Dramat Powstania Warszawskiego dotknął i rodzinę Wedlów. Pod gruzami domu na Szpitalnej zginęła siostra Jana Wedla – Zofia Skibińska-Żochowska,   wraz z córką, osiemnastoletnią Krystyną, żołnierzem AK, a w pierwszym dniu Powstania zginął najmłodszy z siostrzeńców Wedla,  trzynastoletni Piotr Żochowski, harcerz AK. Wedlowie, odcięci  walkami powstańczymi od swojej fabryki , angażowali się w pomoc walczącym żołnierzom, a po kapitulacji Jan Wedel wraz z żoną i drugą siostrą, Eleonorą Whitehead, znaleźli się w obozie przejściowym w Pruszkowie.
 
 
Na Pradze, gdzie powstanie stłumiono po zaledwie kilku godzinach,  Niemcy rozpoczęli  rabunek zasobów fabryki, demontaż urządzeń i maszyn, wywózkę pracowników do obozów i wysadzanie w powietrze budynków. Nieliczna już załoga, z wielkim poświęceniem  rozbrajając niektóre z  założonych ładunków i upijając żandarmów niemieckich spirytusem,  zdołała ocalić część fabryki. Jednakże szkody wyrządzone przez wycofujących się Niemców znacznie przewyższyły te z obrony Warszawy, z 1939 roku.  Z samych zapasów Niemcy wywieźli około „100 ton cukru, 500 ton marmolady, 300 ton mąki, 50 ton syropu kartoflanego, klika ton miodu, 8 ton migdałów, 10 ton orzechów laskowych, 2 tony rodzynek, 2000 litrów spirytusu, 500 kg ananasów w puszkach i wiele innych bezcennych surowców”. Bilans zniszczeń wyniósł: „w parku maszynowym 70%, w budynkach 30%, silosownia została zniszczona w 100%, instalacje elektryczne w 70%, parowe i wodne w 15%.”
 
 13 września 1944 roku na teren fabryki weszły wojska radzieckie. Liczne oddziały frontowe i gromady szabrowników rabowały wszystko, co się jeszcze dało. W październiku  PKWN nominował wspomnianego Bolesława Waszula i niejakiego Zbigniewa Kowalewskiego na tymczasowych kierowników fabryki. No i z tego czasu pochodzi fotografia „załogi witającej polskich żołnierzy” z ptasim profilem Mariana Spychalskiego, owej personifikacji doktryny.  W sukurs doktrynie przybiegał tzw. prosty lud; oto we wspomnieniach zawijaczki sezonowej i działaczki związkowej Emilii K. znajdujemy takie oto słowa: „Wedel nie posługiwał się zbyt dużą ilością swoich podwładnych, by utrzymać w karbach i terrorze  robotników. Nigdy nie widziałam w dziale produkcyjnym kogokolwiek z wyższych urzędników. Sam Wedel codziennie rano przychodził na zawijalnię. Podchodził do każdego stołu i, udając wielkiego demokratę, mówił „dzień dobry””  /sic! – jednak sądzę, że ktoś to musiał zawijaczce sezonowej  napisać/.
 
 
Po wyzwoleniu Warszawy Jan Wedel  pospieszył na Pragę, do swojej ukochanej fabryki.  Za zgodą wspomnianego Spychalskiego, prezydenta stolicy, został przyjęty do pracy na stanowisku doradcy fachowego.  Pomagał w uruchamianiu kolejnych urządzeń i działów, pomagał w odbudowie zrujnowanych hal fabrycznych, poręczył bankową pożyczkę na odbudowę, dając w zastaw ocalałą kamienicę na ul. Puławskiej.  Zachował jeszcze swój gabinet, ale wszystko trwało tylko kilka miesięcy. Któregoś dnia w dyrekcji  pojawili się dwaj mężczyźni  po cywilnemu, weszli do gabinetu Wedla i spoliczkowali właściciela fabryki. Odtąd Jan Wedel nie miał już wstępu na jej teren. Zabroniono mu także mieszkać w domu przyfabrycznym na Zamoyskiego, skąd go brutalnie i ostentacyjnie wyrzucono. Przygarnął go stróż w oficynie kamienicy na Szpitalnej. Dygnitarze partyjni natychmiast też zawłaszczyli domy Wedla, a z willi Wedlów w Konstancinie, gdzie w końcu chwilowo  małżeństwo leciwych już przecież ludzi znalazło schronienie, wyrzucił Jana i jego żonę  sam generał Aleksander Zawadzki, który w niej zamieszkał.  Szykany i represje dotknęły całą rodzinę Wedlów.
 
 
Bardzo już schorowany Jan Wedel  przychodził do parku, siadywał na ławeczce nad brzegiem Jeziorka Kamionkowskiego i godzinami patrzył na swoją fabrykę.
 
 
Zmarł 31 marca 1960 roku.  Spoczął w grobie rodzinnym na cmentarzu ewangelicko-augsburskim w Warszawie. Pogrzeb Jana Wedla był wielką manifestacją ku jego czci. I na to doktryna nic nie mogła poradzić.  W kolejnej zemście nie zezwoliła jednak orkiestrze zakładowej, powołanej ongi przez Wedla,  na zagranie na pogrzebie  właściciela na fabrycznych instrumentach.  Orkiestra zagrała więc na instrumentach pożyczonych.
 
 
O tak, fabryka i majątek Jana Wedla były niezwykle łakomym kąskiem dla doktryny.  I  nic się nie zmieniło, bowiem  doktryna jest stała i konsekwentna, jej założenia – rabunek własności – nie ulegają zmianie, tylko ornamentyka – zwana  ideologią -  przybiera różne wzory.  Spadkobiercy Jana Wedla /Whiteheadowie/ po 1989 roku, gdy wszystkim nie zorientowanym wydawało się, że doktryna osłabła, starali się  odzyskać fabrykę. Bez sukcesu.
Zapewne więc  doktor Jan Wedel do dzisiaj pojawia się na ławeczce nad Jeziorkiem Kamionkowskim i patrzy na swoją fabrykę.  Przecież nie może być inaczej.
 
Literatura:
Mieczysław Kozłowski, Andrzej Stępień, „Krótka historia rodzinnej firmy”, Kraków 2004 r..
Olgierd Budrewicz, „Opowieść pachnąca czekoladą”, Kraków 2004 r..
 
 
 
 
  

KOMENTARZE

  • Linki
    Fabryka:
    https://www.google.pl/search?q=jan+wedel&espv=2&biw=1280&bih=709&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ei=QoeYVOToL6uGywPBmoCICw&ved=0CB8QsAQ#facrc=_&imgdii=_&imgrc=DsSBIGiHZdyDvM%253A%3BTDyxNhZd6WwDOM%3Bhttp%253A%252F%252Fwww.twoja-praga.pl%252Fimg%252Ffabryki%252Fwedel%252F_big%252Fp5120318.jpg%253F1326464531587%3Bhttp%253A%252F%252Fwww.twoja-praga.pl%252Fpraga%252Ffabryki%252F2259.html%3B800%3B600

    Płyta nagrobna Jana Wedla:
    https://www.google.pl/search?q=jan+wedel&espv=2&biw=1280&bih=709&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ei=QoeYVOToL6uGywPBmoCICw&ved=0CB8QsAQ#facrc=_&imgdii=_&imgrc=twyQ609aZ9AObM%253A%3BoRjsipL966M1zM%3Bhttp%253A%252F%252F4.bp.blogspot.com%252F-08TAqHc1wmE%252FUg3MH241EVI%252FAAAAAAAAY_Y%252FzAMk3muMbHY%252Fs1600%252FWedel%252BJan%252B(2).JPG%3Bhttp%253A%252F%252Fmojecmentarze.blogspot.com%252F2013%252F08%252Fjan-wedel.html%3B799%3B472
  • No właśnie
    W fabryce Wedla kilka lat przepracował brat mojego dziadka. Prawdopodobnie zrobił u niego papiery mistrzowskie a potem poszedł na swoje do Radomia, co swego czasu opisałam

    http://poszukiwania.neon24.pl/post/12972,cukiernik-z-radomia

    Jego załatwiła też doktryna, tylko nieco wcześniej, bo w 1944 roku. Został rozstrzelany i nawet do tej pory nie wiadomo, gdzie. Dziwnym trafem papiery Gestapo radomskiego gdzieś zginęły (Moskwa? Berlin?).
    Kamienica i sklep został przejęty przez Niemców (powstał sklep Julisa Mainl'a). Może to i dobrze, że Wojciech nie dożył wyzwolenia, bo i tak by wszystko stracił w zetknięciu z tą drugą doktryną.

    A co serwuje nam Matrix dziś? Facebook żyje protestem przeciwko przeznaczeniu 16 mln złotych na Muzeum JPII w Świątyni Opatrzności.

    Natomiast to, że o mały figiel wybrańcy narodu przegłosowaliby zmiany w Konstytucji umożliwiające jawną i legalną sprzedaż Lasów Państwowych to ani mru mru.

    Wesołych Świąt!!!!
  • @Ewa Rembikowska 11:54:40
    Cześć :)
    Zarówno rodzina mojego męża, jak i moja padły ofiarą doktryny. "Doktryna" to tylko UZASADNIENIE RABUNKU. Nic ponad to. Część durniów w to wierzy - zwłaszcza, gdy przez chwilę doktryniarze pozwalają durniom rabować jakieś resztki...

    Pozdrawiam serdecznie i dobrych, spokojnych Świąt Narodzenia Pańskiego.
  • Dzięki ci Kossobor!
    Coryllus jak zwykle stanął na wysokości zadania, bo nie ma nie tylko wolności bez własności, ale także rozwoju. Wedel to przykład człowieka sukcesu, nieprzeciętnego i utalentowanego, ale zniszczonego przez system. Globalne sieci nawet dzisiaj nie dopuszczają informacji o tego typu ludziach, zniszczą wszelkie przejawy niezależności, przykład Romana Kluski. W latach 70-tych w "Przeglądzie Technicznym" był świetny artykuł o Wedlu i jego osiągnięciach, on nawet kupił plantację bodajże w Brazylii by pozyskać najlepsze surowce dla swojej fabryki. Tacy ludzie winni być wzorcem dla młodego pokolenia, a czy w ogóle istnieją w przestrzeni medialnej? No, cóż Lenin wiecznie żywy i obowiązują zupełnie inne myślowe steerotypy. Nie miejmy złudzeń, jesteśmy na etapie pozbawiania ludzi własności i nie poprzez konfiskatę, ale przy pomocy podatków (kataster), różnych danin, odwróconej hipoteki i innych form miękkiego wywłaszczania. Kiedyś w Hameryce mółiono, że dobry indianin to martwy indianin, dzisiaj będzie obowiązywać hasło, że dobry obywatel to "goły" obywatel.
  • a dla mnie
    Młodzi kosmopolici wstydzą się, że są Polakami, bo oni chcą być Europejczykami, o ile coś takiego istnieje, i to cała gębą. Biedacy nie rozumieją, że jeśli będą udawać kogoś innego, wyprą się swoich korzeni to będą tylko ersatzem, a w razie potrzeby ktoś sięgnie raczej po oryginał niz podróbkę.

    Ta notka pokazuje, że w tej pogardzanej polskości jest coś fascynującego, coś co tych racjonalnie i chłodno kalkulujących Niemców omotało całkowicie i już trzecie pokolenie zupełnie wsiąknęło i prezentowało polski punkt widzenia i to względem swoich niegdysiejszych krajan.

    Wiem, że tu rzecz idzie o własność, ale właśnie to bardzo spodobało mi się w tej notce. Nowa władza potraktowała rodzinę Wedla, jak innych Polaków i tu ironia historii nadała szlachetny ryt ich zauroczeniu polskością.
  • @Panowiepoliczmygłosy 00:13:21
    "...jesteśmy na etapie pozbawiania ludzi własności i nie poprzez konfiskatę, ale przy pomocy podatków (kataster), różnych danin, odwróconej hipoteki i innych form miękkiego wywłaszczania. Kiedyś w Hameryce mółiono, że dobry indianin to martwy indianin, dzisiaj będzie obowiązywać hasło, że dobry obywatel to "goły" obywatel."

    Tak właśnie. No i "obywatel" to taki człek, który się obywa...
  • @tadman 09:31:12
    Te naciski na Reichslistę były zapewne bardzo mocne - Niemcom zależało na takich ludziach, jak Wedlowie. I dr Jan Wedel wykazał się rzeczywiście niebywałą postawą!
    A własność prywatną, zauważ, tępili i naziści i komuniści - lewactwo masakruje normalność.
  • @tadman 09:31:12
    Czytałam ten tekst, gdy ukazał się w SN. Właściwie już nie miałam zamiaru tu się wypowiadać, bardzo to dla mnie przejmujące jest.

    Ale napisałes zdanie o atrakcyjnosci bycia Polakiem i znowu mnie ,,ruszyło.

    Chodząc na psie spaceru z konieczności muszę zamieniać kilka słów z ludzmi, psiarzami , do których mój pies podbiega. I z czasem okazało się to że to ,,wychowankowie wiadomej gazety i telewizji w większosci ..... Takie plucie na Polskę i Polaków , takie ciesznie się jakims telewizyjnym serialem o kims kiepskim .... Nie mam odbiornika TV ale orientuję sie o czym chcą ze mną rozmawiać..... Nie jest łatwo uciec bp jest to tali wspólny dla wszystkich odcinek drogi .... Okropna udręka dla mnie .

    Skąd w nich tyle nienawisci do kraju w którym się urodzili , zyją ...starzy już ludzie ??

    I na tym tle taki Wedel .
  • @night rat 03:19:26
    No i był tu już jakiś komuch? złodziej? żyd? i spałował artykuł. Może to osobnik, którego ostatnio wpuścił na neon SL? To byłoby przeniesienie obyczajów z niepopków - oni tam pałowali się bez umiaru ponoć.
  • @Marylka Sztajer 11:11:13
    "I na tym tle taki Wedel ."

    Był jeszcze Józef Unrug (po niemiecku bodajże Josef von Unruh...) Mówił, że zapomniał mówić po niemiecku 1 września 1939. Do szwabów mówił po polsku i korzystał z tłumacza lub wcale. Zawsze okazywał im pogardę. Pewnie takich ludzi było więcej. O Unrugu czytałem właśnie na NE, ale nie mam już linku.

    Wesołych Świąt :-)
  • @KOSSOBOR 14:43:34
    Bardzo dziękuję za wpis. W głowie mi się nie mieści to jak do pracowników podchodził Wedel. Nawet komuch nie miał co złego powiedzieć.

    Najlepsze życzenia świąteczne.
    5*
  • @Jasiek 16:34:22
    http://pl.wikipedia.org/wiki/J%C3%B3zef_Unrug

    http://dwormarzen.proste.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=99&Itemid=99

    http://www.sadistic.pl/admiral-jozef-unrug-zapomniana-legenda-wrzesnia-1939-roku-vt213701.htm

    Również, Jaśku, życzenia dobrych, błogosławionych Świąt Narodzenia Pańskiego.
  • @Jasiek 16:31:37
    Dzięki za zyczenia ....to ja już teraz tylko ,,szczesliwego Nowego Roku " :)


    Tak , był Unrug.... jeszcze inni byli , nie tak głośni ... po prostu ludzie , którzy wybrali ....... Najjaśniejszą .....
    To zawsze jest wybór a nie tylko krew przodków .

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

ULUBIENI AUTORZY

więcej