Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
368 postów 12532 komentarze

KOSSOBOR

KOSSOBOR - Niby z porządnej rodziny, a do komedyantów przystała. Ci artyści...

Milieu, mauzolea i dola ludu pracującego miast i wsi.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Nieoczekiwane skutki pewnego mecenatu, czyli o inteligencji polskiej międzywojnia.

 

Motto:
„W Poroninie na drabinie wiszą gacie po Leninie. Kto chce w Polsce awansować – musi gacie pocałować.”
 
 
Gdyby Ludwik Krzywicki /1859 – 1941/ nie pochodził ze zubożałej rodziny ziemiańskiej, to być może nie doczekalibyśmy się aż tak smakowitego wspomnienia o młodym studencie w Lipsku, Janie Kasprowiczu. Przypomnijmy tu, iż Ludwik Krzywicki zwany jest „papieżem socjalizmu polskiego” - ów „papież” w kontekście socjalizmu brzmi dość specyficznie… - a do Lipska, przy okazji studiów na tamtejszym uniwersytecie pojechał, by drukować Marksa – „Przecież przyjechałem do Lipska tylko w tym celu”. Skądinąd korespondował wówczas z Engelsem. Do dzisiaj dorobek Krzywickiego jest jak najbardziej doceniany i ceniony; Towarzystwo Kultury Świeckiej im. Tadeusza Kotarbińskiego, epatujące takim hasłami jak humanizm, racjonalizm i świeckość, zamieszcza na swojej stronie internetowej poważne referaty na okoliczność rocznicy związanej z Krzywickim. W jednym z tych referatów znajdujemy i taki smaczek, zacytowany z doktoratu Henryka Hollanda /tak, tego Hollanda/, który warto tu przytoczyć:
Najwybitniejszy niegdyś marksista polski zatracił zupełnie podczas wojny światowej poczucie rzeczywistości społecznej i politycznej, dając posłuch złudzeniom aktywistycznym. Przyznać jednak należy, że i wówczas nie kompromituje się, w przeciwieństwie do innych ex-marksistów etc., etc...” Jak pamiętamy, gorliwość w tropieniu marksistów, którzy „zbłądzili”, nie uchroniła Hollanda przed defenestracją.
O Krzywickim mówi się jako o „symbolu wartości humanistycznych, patriotycznych, zwróconym ku zwykłym ludziom”. Krzywicki, pieczętujący się herbem Kierdeja, posługujący się ze względów konspiracyjnych wieloma pseudonimami, już na Uniwersytecie Warszawskim należał do kręgu Stanisława Krusińskiego, jednego z pierwszych marksistów w Polsce, utrzymywał korespondencję z Fryderykiem Engelsem, poznał – naturalnie w Szwajcarii - Szymona Dickszteina, Marię Jankowską-Mendelson, Stanisława Mendelsona, Witolda Piekarskiego o wręcz oszałamiającej ilości pseudonimów, Wilhelma Liebknechta, Eduarda Bernsteina, Karla Kautsky’ego, współpracował z Julianem Marchlewskim i PPS-Lewicą. A ożenił się z Rachelą Feldberg. Dorobek Krzywickiego tak w zakresie pracy rewolucyjnej jak i naukowej – doprawdy imponuje.
/Sesja naukowa, z przytaczaniem cytatów z Hollanda odbyła się w … 2009 roku. Tak więc Gramsci – Gramscim, a stare Chińczyki trzymają się mocno. I uporczywie. Oraz nachalnie./
Koło polskie, skupiające na uniwersytecie lipskim studentów z Polski, stanowiło oczywistą mieszaninę postaw i poglądów; byli tam również synowie ziemiańscy, broniący – wobec ataków kolegów - ziemian jako ludzi dobrej woli i dużego patriotyzmu, ale Krzywickiemu najbliżej było do Kodisa, studenta medycyny z Litwy,„zajadłego terrorysty” z „Narodnej Woli”,który poza medycyną zajmował się„przyrządem śmiercionośnym dla cara”. W Kole polskim były i takie wystąpienia, w których nawoływano chłopów po prostu do wzięcia noży i „usunięcia szlachty”. Autor tego pomysłu, niejaki Wolszleger z Pomorza, przeliczywszy się co do możliwości objęcia dobrej posady zarządcy dóbr ziemskich w Rosji, w końcu wstąpił do jezuitów.
Wewnątrz Koła polskiego było jakby bardziej wewnętrzne koło, które założył Krzywicki. Należał doń on sam, Teodor Kodis, Leonard Frenkel, Jan Kasprowicz /1860 – 1926/ – nasz przyszły poeta i pośmiertny „właściciel” mauzoleum na Harendzie, medyk Trzepiński i Kurowski. W tym wszystkim Kasprowicz,„syn prostego komornika czy chałupnika wiejskiego, urągał wciąż Trzepińskiemu, iż jest synem zamożnego włościanina”. Natomiast Kasprowicz utrzymywał się z zasiłków ofiarowywanych mu przez Kościelskiego, bardzo zamożnego ziemianina z Miłosławia koło Inowrocławia.
Józef Teodor Stanisław Kościelski z Miłosławia /1845 – 1911/, herbu Ogończyk, był sponsorem i mecenasem nie tylko Kasprowicza; jego dokonania na niwie politycznej, społecznej, gospodarczej i kulturalnej są bardzo znaczne i budzące szacunek. W czasie studiów był prezesem Towarzystwa Akademików Polskich w Berlinie. Przyjaźnił się z księciem Wilhelmem, późniejszym cesarzem Wilhelmem II. Zasiadał w Izbie Panów Landtagu pruskiego, a następnie był posłem do Reichstagu. Zdecydowawszy zakończyć karierę parlamentarną – jego polityczna linia ugody z rządem pruskim była krytykowana przez opinię publiczną – zaczął gospodarować w swoim majątku Miłosław i całkowicie zmienił poglądy na kwestie polityczne – prezentował postawę antypruską, zapewne w zetknięciu z realnością życia pod pruskim zaborem. Kościelski był hojnym mecenasem polskiej młodzieży studiującej w Niemczech, założył galerię polskiego malarstwa, goszcząc w Miłosławiu ówczesnych znanych malarzy /Fałata, Wyczółkowskiego/, ufundował pomnik Słowackiego – uroczystego odsłonięcia pomnika, w obecności licznie zgromadzonych znanych Polaków ze wszystkich zaborów, dokonał Henryk Sienkiewicz. Uruchomił w Miłosławiu fabrykę cygar. Opiekował robotnikami i dziećmi z ubogich rodzin, wydając im darmowe posiłki. Dla dzieci wybudował i utrzymywał przedszkole. Prezesował powołanemu przez siebie Towarzystwu Dziennikarzy i Literatów Polskich. Był członkiem Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Wspierał wiele instytucji przemysłowych /m.in. pełnił funkcję prezesa Rady Nadzorczej spółki H. Cegielski Towarzystwo Akcyjne/, handlowych i rzemieślniczych. Sam był też poetą i dramaturgiem, pisał reportaże /”Szkice egipskie”/. /za Wikipedią./ Jednym słowem – był typowym przedstawicielem ówczesnego polskiego ziemiaństwa z tym jednak, iż jego fortuna, zasilona zapewne przez majątek żony, Marii Bloch, córki bogatego finansisty warszawskiego, Jana Gotliba Blocha, pozwalała mu na niezwykle szeroką i wielokierunkową działalność. To z tą ziemiańską fortuną jest związana Nagroda Kościelskich.
Janek natomiast pochodził z bardzo biednej rodziny wiejskich komorników z Szymborza koło Inowrocławia; był pierwszym z czternaściorga dzieci Józefy i Piotra Kasprowiczów. Rodzice Janka najmowali się do dorywczych prac u zamożniejszych gospodarzy. Jako rokujący uczeń został wysłany do pruskiego gimnazjum w Inowrocławiu. W kolejnych gimnazjach miał spore kłopoty tak od strony materialnej, gdyż był po prostu biedny, jak i od strony swoich stałych konfliktów z niemieckimi nauczycielami. Był bowiem Janek patriotą. W efekcie, po kilkakrotnych zmianach szkół, maturę zrobił w wieku 24 lat. I wówczas, w 1884 roku znalazł się, dzięki mecenatowi Kościelskiego, w Lipsku, a więc i w Kole polskim, a więc i w jego najczerwieńszym jądrze – w grupie założonej przez Krzywickiego. Poza tym studiował tam przez jeden semestr literaturę i filozofię.
Przejdźmy zatem do owego wspomnienia Ludwika Krzywickiego o Kasprowiczu, pomieszczonego w jego „Wspomnieniach” /t. I, Czytelnik, 1947 r../, które warto tu przytoczyć in extenso:
Było to w Lipsku, na początku letniego semestru roku 1884. Do pokoju mego zapukała gospodyni i wprowadziła dwóch młodzieńców w wieku około lat dwudziestu. Jeden niski, przysadzisty, mocnej budowy, drugi wyższy, ale także krzepki, z bujną, rozczochraną czupryną, w ubraniu silącym się na elegancję, ale widocznie nabytym w drugorzędnym sklepie gotowej odzieży. Byli to dwaj absolwenci z Poznańskiego, którzy przyszli zapisać się na uniwersytet lipski jako studenci. Jeden z nich był to znany później w kołach kaszubskich jako wybitny działacz-lekarz J. Trzepiński, drugi – przyszły poeta, Jan Kasprowicz.
Rozmowa przeciągnęła się parę godzin. Obaj pochodzili z ludu i mieli na sobie piętno tego pochodzenia w ruchach swoich, w wymowie. Trzepiński był synem zamożnego włościanina z okolic Inowrocławia, Kasprowicza ojciec był raczej chałupnikiem. Mówił prawie wyłącznie Kasprowicz. Z silnym uczuciem, gorączkując się jak na spowiedzi, wygłaszał dość naiwne credo polityczne i społeczne: było tam wiele uczucia demokratycznego, jeszcze więcej – że tak rzeknę – zawiści demokratycznej, moc entuzjazmu, wiele polotu, ale gdy chodzi o sformułowane poglądy, były to dość oklepane frazesy o wszelkiego rodzaju równości, a więc i majątkowej, o prawie każdego do użycia – podkreślam z całą mocą ten wyraz: „użycia” – dużo wycieczek przeciwko Kościołowi i panom, nieco wzmianek o wolnej miłości. Przy okazji dostawało się Trzepińskiemu jako synowi bogatego chłopa.
Bliższe zetknięcie się nastąpiło jednak w parę tygodni później. Kasprowicz zgłosił się do polskiego stowarzyszenia studenckiego, które mieściło się, jeśli się nie mylę, na Bayernstrasse. Zarząd stowarzyszenia przyjął jego odczyt o papieżach, nie przeczuwając treści odczytu. Stowarzyszenie było nieco klerykalne, a jeszcze bardziej usiłowało zachować pozory, że jest klerykalne, bo niewątpliwie paru członków, jako przyrodnicy, musiało żywić poglądy nieco wolnomyślniejsze. Kasprowicz rozpoczął odczyt z wielką swadą. Przedtem uprzedzał mnie, że nagada im – tym „bubkom” kościelnym, dużo joke’ów niemiłych. Już po kilku minutach odczytu twarze słuchaczy spoważniały lub wyrażały zdumienie. Prezes, jeżeli się nie mylę, student Zakrzewski, dość niecierpliwie obracał się na krzesełku. Kasprowicz ciągnął z coraz większą swadą odczyt wśród rosnącego zdenerwowania w stowarzyszeniu i można było przeczuwać, że, za lada niezręczniejszym uderzeniem w powagę papieską ze strony Kasprowicza, wybuchnie jakaś burza. Tak się stało po jakiejś półgodzinie. Kasprowicz zaczął opowiadać, jak Aleksander VI Borgia zbierał u siebie kobiety lekkiego prowadzenia w wielkiej Sali Watykanu, a sam siedząc na wysokim siedzeniu rzucał im garścią złote monety, żeby je chwytały. Rdzeń zabawy polegał na tym, że nierządnice były całkowicie nagie. Zerwał się w stowarzyszeniu krzyk oburzenia czy protestu, a z niektórych ust – wesoły śmiech, gdyż joke taki papieski mile przemawiał do wyobraźni niektórych członków. Prezes uroczyście odebrał głos Kasprowiczowi. Na to Kasprowicz właściwie zgłupiał. /…/ Wypadało mi powstać i wziąć na siebie obronę Kasprowicza. /…/
Kasprowicz wtedy, podczas tego wybuchu w stowarzyszeniu, należał do kółka, które stworzyłem wśród studentów uniwersytetu lipskiego”.(O tym było wyżej).
Ostatecznie niesnaski wynikłe z owego odczytu zostały zgodnie zapite piwem, a dalej Krzywicki, pisząc o atmosferze panującej w kole, gdzie:„ człowiek palił się ogniem wewnętrznym, na wskroś ideowym, niekiedy cały był przejęty skruchą, iż wyrósł w sferze uprzywilejowanej, że napawał się wielu rzeczami niedostępnymi dla tłumów pracujących”(zapewne pisał to o sobie samym), stwierdza, że„… u Kasprowicza występował jak najsilniej ten pierwiastek zawiści. Była to natura łaknąca życia i użycia całym jestestwem swoim; krzepki, zdrowy chłop, rwący się całą istotą swoją do życia, pomimo swego wykształcenia nieraz mocno nieokrzesany, a przynajmniej nieociosany, hardy dumną hardością chłopską. /…/ Ta żądza życia, ten tryskający nadmiarem sił organizm chciałby cały zanurzyć się w ekstazie poetyckiej lub społecznej, ale ani na minutę nie zapominał o tym, że należy mu się dobre, a raczej obfite jadło, skropione gęsto trunkiem; tęsknił do sztuki, ale i do przebywania w wykwintnej knajpie wśród towarzystwa kobiecego, do posiadania na każde żądanie dostatecznej gotówki. A ponieważ był młodzieńcem biednym, właściwie utrzymującym się z zasiłków ofiarowywanych mu przez Kościelskiego i w ciągu paru dni umiejącym wydać zasiłek na eleganckie buciki, na drogi kapelusz, przeto we wszystkich jego wywodach społecznych przeważał ton, że tak powiem, jeremiady: są tacy, którzy mają pieniądze, mają przed sobą pełnię życia, tarzają się w niej bezmyślnie jak proste prosiaki, a tymczasem on, który umiałby życie opromienić sztuką dla siebie i innych, który walczyłby o prawa ludu do dobrobytu, do nauki, on musi jadać Leberwurst na obiad z suchym kawałkiem chleba.”
Kasprowicz studia dokończył – ciągle dzięki pieniądzom Kościelskiego – we Wrocławiu. Stale obracając się w kręgach „ikaryjczyków” – niemieckich socjalistów, został w końcu skazany na pół roku więzienia. Wyrok odsiedział, po czym rozpoczął długi, lwowski okres życia i twórczości. Po doktoracie objął specjalnie dla niego utworzoną katedrę literatury porównawczej, a w roku akademickim 1921/1922 został rektorem Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Tłumacz, krytyk literacki, dramaturg, uważany za jednego z najwybitniejszych poetów w dziejach literatury polskiej, niegdyś stawiany niemal na równi z Mickiewiczem, nobilitowany do roli wieszcza. Dzisiaj jego gwiazda jednak mocno przygasła. Symbolizm metafizyczny, który uprawiał, nie jest już atrakcyjny dla szerszej publiczności; „duchologia” Kasprowicza jest dzisiaj anachroniczna. Jego poezja niesie pesymizm antropologiczny: Bóg się odwrócił od świata, a i Go nie ma. Historycy literatury uważają, iż Kasprowicz jest wart wspomnienia od strony formalnej. Jak na postać kreowaną przez milieu na wieszcza – to doprawdy niewiele…
Krzywicki, poświęcając Kasprowiczowi w swoich wspomnieniach osobny rozdział, dodaje jeszcze jedną „papieską” anegdotę:„… bodaj Rzym spłatał największego figla Kasprowiczowi, temu kiedyś osobistemu wrogowi każdego papieża z osobna i wszystkich po społu. Wypadło Kasprowiczowi jechać na czele delegacji wysłanej przez lwowian do papieża: że Kasprowicz przyjął tę misję, trzeba szukać wytłumaczenia w przebudzonych u niego tak silnie pod koniec życia nastrojach mistycznych. Nie wiem czy z uciechy, czy ze zmartwienia Kasprowicz urżnął się co się zowie. A kiedy rano zbudzono go, jeszcze nie przyszedł był do siebie po nocnej libacji, a przede wszystkim nie wytrzeźwiał. Poszedł całować pantofel papieski, a potem chwalił się: - Ale papież nawąchał się alkoholu!”
Zostawmy na chwilę Kasprowicza i zajmijmy się drugim „właścicielem” mauzoleum, bowiem ich losy się przetną. On również pochylał się nad dolą mas pracujących miast i wsi, bowiem mowa o Leninie.
Kontrolując struktury krajowe Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji /w styczniu 1912 roku, w Pradze, odbyła się konferencja SDPRR, z której wykluczono tzw. mienszewików/, a nie mogąc wrócić do Rosji w obawie przed aresztowaniem, Lenin osiadł w Krakowie. Kraków miał dobre skomunikowanie ze St. Petersburgiem koleją żelazną. W ówczesnym Krakowie kolonia emigrantów politycznych z Imperium liczyła około 12 tysięcy osób, z czego większość stanowili Polacy, na czele z Józefem Piłsudskim i liderami PPS-Frakcji Rewolucyjnej. Lenin przyjechał do Krakowa oficjalnie; jego zatrzymanie się w hotelu „Victoria” odnotował ówczesnym zwyczajem dziennik „Czas”. Lenin prowadził w Krakowie energiczną działalność partyjną i publicystyczną – w wynajętym przez siebie mieszkaniu spotykał się z bolszewickimi deputowanymi do Dumy Państwowej, z działaczami SDPRR, przyjeżdżał do niego Bucharin i Kamieniew, odbywały się tam posiedzenia Komitetu Centralnego partii, narady kolegium redakcyjnego „Prawdy”. Do wybuchu I wojny Lenin wysłał /koleją żelazną/ do partyjnego dziennika do St. Petersburga 331 tekstów, poza tym swoje artykuły wysyłał i do innych czasopism. Utrzymywał również kontakty z polskimi socjalistami, z którymi rozmawiał po niemiecku, nie opanowawszy języka polskiego. Był częstym czytelnikiem w Bibliotece Jagiellońskiej. Wygłaszał referaty i odczyty dla polskich organizacji; dla studenckiej „Spójni” i na Uniwersytecie Ludowym im. Mickiewicza. Na lato 1912 roku Lenin wynajął dom w Białym Dunajcu, skąd codziennie jeździł rowerem do Poronina, by odebrać pocztę i prenumerowaną prasę /dochodziły koleją żelazną/. Czując się tu doskonale i bezpiecznie, myślał nawet o stworzeniu na Podhalu szkoły partyjnej dla kształcenia rewolucyjnych kadr.
To, że wszystko to nie mogło ujść uwadze austriackiej policji – jest oczywiste /być może archiwa c.k. policji zawierają więcej interesujących nas śladów/. Jak również i to, że wśród polskich socjalistów musiał mieć Lenin dobre stosunki. Można przypuszczać, że i owo specyficzne milieu - inteligencja, dla której modnym i uczęszczanym miejscem było Zakopane – miało z Leninem kontakty. Jeżeli nie osobiste, to poprzez niejakiego Wigilewa. Borys Wigilew /1883 – 1924/, rosyjski komunista i rewolucjonista, geolog i meteorolog, od 1908 roku przebywał w Krakowie, a od 1910 roku – w Zakopanem. Był aktywnym członkiem Towarzystwa Tatrzańskiego, a od 1911 roku prowadził przez wiele lat stację meteorologiczną. Mieszkając w Zakopanem, doskonale znał Lenina, często się z nim spotykał, razem chodzili na wycieczki w góry. To Wigilew, świetnie znając Dłuskiego, Żeromskiego, Kasprowicza, Orkana i wielu innych, czyli mając rozpoznane zakopiańskie milieu, zainicjował akcję o uwolnienie Lenina z aresztu w Nowym Targu, gdy 8 sierpnia 1914 roku Lenin został tam osadzony na kilka dni po wybuchu I wojny, pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Rosji. Już jednak 19 sierpnia areszt opuścił właśnie dzięki staraniom Kasprowicza i Orkana. Ludwik Krzywicki tak pisze o Wigilewie: „W Poroninie Kasprowicz kontaktował się i z Leninem, lecz zwłaszcza częstym gościem był u niego Wigilew. Wigilew dla Rosjan, Wigilewski dla Polaków, eser z przekonań swoich, pozyskał całkowite zaufanie kolonii polskiej, która go uważała za swojego. Wigilew skończył na tym, że został członkiem legacji sowieckiej w Warszawie.”A dokładniej: w 1921 roku Wigilew został sekretarzem Rosyjsko – Ukraińsko - Polskiej Komisji Repatriacyjnej, a następnie konsulem sowieckim w Warszawie.
Ze wspomnień Marii Kasprowiczowej /”Dziennik”, Warszawa 1958 r../ dowiadujemy się, że: „Pewnego razu przyszedł do nas rosyjski emigrant, mieszkający w Poroninie, aby Jankowi podziękować za oddaną mu przysługę. Janek wystarał się w starostwie o zwolnienie go z więzienia w Nowym Targu. Siedział u nas niedługo. Nie wyszłam do niego, chociaż znałam go bardzo dobrze z widzenia, kiedy nieraz przejeżdżał koło nas na rowerze. Została mi w pamięci jego mongolska twarz i jasna marynarka z surowego jedwabiu. Janek po tej wizycie bardzo sympatycznie o nim się odezwał. /…/ Emigrant nazywał się Lenin.”
W 1920 roku Maria Kasprowiczowa zdołała listownie dotrzeć do Lenina, by wystarać się z powodzeniem o zezwolenie na wyjazd z Rosji swojej matki i siostry, cierpiących w Petersburgu/Piotrogrodzie głód i chłód, była to bowiem rodzina carskiego generała, Bunina.
Kasprowicz najwyraźniej – co wynika z „Dziennika” – nie zwierzał się żonie ze swoich kontaktów, jednak Maria, zwana „Marusią” odnotowuje: „Janek, który tak mocno i żywiołowo odczuwa przestarzałość i zgniliznę wielu form naszego życia, mówi w chwilach szczerości: - A czy wiesz, że w głębi duszy jestem także bolszewikiem?”
Z drugiej strony nie pojmował, jak może Marusia nie doceniać, iż nareszcie ma on własność prawdziwą, ma swoją Harendę – kawałek ziemi i dom, z czego niezmiernie się cieszył. Tę radość Kasprowicza z posiadania Harendy przytaczają wszyscy. Radość trwała jednak niedługo, bowiem Harenda została zakupiona w 1923 roku, a w sierpniu 1926 roku Kasprowicz zmarł. Natomiast jego żona rozpoczęła starania o budowę grobowca – mauzoleum na zboczu, na Harendzie. Pamiętajmy, że Kasprowicz uchodził wówczas prawie za wieszcza, był stawiany na równi z Mickiewiczem. Przeto najwyraźniej miejsce poświęcone, na cmentarzu zakopiańskim, nie było jego godne… Przynajmniej w oczach żony, która per fas et nefas rozpoczęła starania o budowę grobowca męża. No ale, jak pisze, jeszcze za życia Kasprowicza układali oboje „skromne projekty co do grobowca”. Projektem mauzoleum i sprawami organizacyjnymi zajmował się Karol Stryjeński. Sprawy organizacyjne polegały, poza kwestiami budowlanymi, na akcji propagandowej, mającej na celu skłonienie miast, gmin, stowarzyszeń do sfinansowania całego przedsięwzięcia, z zakupem gruntu pod mauzoleum włącznie. Poruszali niebo i ziemię, by pieniądze lały się obfitym strumieniem, docierali do osób wpływowych, do sfer rządowych i w końcu do samego Piłsudskiego, u którego Kasprowiczowa wystarała się o audiencję. Poprosiła o „skromne” sto tysięcy złotych. Kasprowicza Piłsudski poznał w dawnych latach Krakowie, byli ze sobą per „panie Józefie” i „panie Janie”. Sprawę państwowych pieniędzy na mauzoleum Marszałek załatwił pozytywnie. Wielkopolska również hojnie sypnęła wyproszonym przez Kasprowiczową groszem. W Warszawie Kasprowiczową – jak pisze - uderzyła ilość żebraków, „stojących na głównych ulicach nieprzerwanym szeregiem”. Bardzo nad tym ubolewa, naturalnie i gniewa ją luksus willi przy Alejach Ujazdowskich. No ale zaraz ma tę audiencję u Piłsudskiego w Belwederze i bez zmrużenia oka prosi o sto tysięcy na grobowiec.
W „Dzienniku” Kasprowiczowa przytacza opinie krytyków, którzy zajmowali się twórczością jej męża, a którzy zgodnie stwierdzali, że Kasprowiczowi „słusznie się mauzoleum należy”, bowiem był z tych, co cierpiał za miliony. Owszem, nieco inaczej niż Mickiewicz, bo po chłopsku. Tu warto przytoczyć wypowiedź samego Kasprowicza, odnotowaną przez Marię: „- Nie rozumiem przeszłości. „Pan Tadeusz”, historyczne dramaty Słowackiego to jest obcy dla mnie świat. Uznaję poetycką ich wartość, piękno pejzażu, ale na tym koniec. W dramatach Słowackiego, oprócz pewnych metafizycznych ustępów, nic nie jest mi zrozumiałe. To jest moja tragedia. Jestem człowiekiem na wskroś nowożytnym, nie mogę wżyć się w ten umarły świat. Żeby nie nasi paskudni ludowcy, przyłączyłbym się do Polski ludowej, aby stworzyć prawdziwą Polskę bohaterską – ludową!”
W 1933 roku do ukończonego mauzoleum przeniesiono z zakopiańskiego cmentarza szczątki Kasprowicza, a po swojej śmierci w 1968 roku spoczęła tam również jego żona Maria.
Konieczną glossą do międzywojennego polskiego milieu inteligenckiego jest tu jeszcze dopowiedzenie, iż głośna gorszycielka Irena Krzywicka z domu Goldberg – ta od „świadomego macierzyństwa” i kochanka Tadeusza Boya-Żeleńskiego, także gorszyciela i faceta, który witał wraz z Wasilewską, Watem i innymi literatami przyłączenie Ukrainy do ZSRR i pielgrzymował wraz z profesurą lwowską do Moskwy – była synową Ludwika Krzywickiego, żoną jego syna Jerzego /zamordowanego w Katyniu/. Natomiast gdy drugi syn Ludwika, Aleksander, zamożny człowiek interesów /wedle relacji Barbary Kłosowicz-Krzywickiej/, nabył majątek ziemski Dębe Wielkie, Ludwik Krzywicki, człowiek od „Kapitału” Marksa i od kółek konspiracyjnych, gdzie rozważano podrzynanie ziemianom gardeł: „oświadczył z satysfakcją: « Krzywiccy wrócili do ziemi>>”.
 
Owszem, zacytowany jako motto wierszyk powstał w czasach PRLu, gdy w Poroninie upaństwowiono karczmę Pawła Guta-Mostowego i urządzono w niej Muzeum Lenina dla odprawiania tam komunistycznych, fideistycznych obrzędów. Ale przecież i nasza inteligencja międzywojnia mogłaby spokojnie takim obrzędom się oddawać – ideologicznie i mentalnie była, w rzeczy samej – blisko.
 
 
/Asumptem do napisania powyższego były: predylekcja mojej Koleżanki do zbierania starych książek – „Dziennik” Kasprowiczowej i „Wspomnienia” Krzywickiego zostały prze Nią zdobyte w pobliskiej bibliotece na półce, na którą ludzie odkładają książki niechciane czy zbędne, spostrzeżenie Coryllusa co do demaskatorskiej treści starych publikacji za PRLu, Jego konstatacja, iż przedwojenna inteligencja polska to była „parada durniów”, przeświadczenie, że była to parada durniów lewackich i nie rozumiejących Polski – „Nie rozumiem przeszłości.”, a także „cierpiących za miliony” i – naturalnie – pochylających się nad ciężką dolą ludu pracującego miast i wsi, niezależnie przecież od budowania sobie mauzoleów na koszt tegoż ludu. Ile z tych cech polska inteligencja przeniosła do naszych czasów?/
 
 
/I jeszcze konieczny dopisek z „Wyznań gorszycielki” Ireny Krzywickiej. Jej rodzice, Goldbergowie, byli walczącymi socjalistami, a ona sama, mając dziewiętnaście lat wstąpiła do PPS-Lewicy. Z tego tytułu, jako towarzyszka partyjna, przyjmowała w jakimś klubie na Świętokrzyskiej w Warszawie „delegacje chłopskie, które pytały mnie, co robić, jak wybuchnie w Polsce rewolucja. Odpowiadałam stereotypowymi zdaniami w rodzaju: „podzielić ziemię między chłopów”.
Krzywicka w swojej książce, napisanej po kilkudziesięciu latach od międzywojnia, zdystansowała się wobec swoich kompetencji w udzielaniu rewolucyjnych rad, ale idzie o to, że od samego początku kwestia anihilacji polskiego ziemiaństwa była kwestią kluczową. /
 
 
 
Hanna Koschembahr-Łyskowska
 
 
Artykuł zamieszczony w numerze 11 "Szkoły Nawigatorów", czerwiec 2016 r.
 
Link do zdjęcia wprowadzającego:
https://www.google.pl/search?q=mauzoleum+kasprowicza+na+harendzie&rlz=1C1AOHY_plPL719PL719&espv=2&biw=1280&bih=709&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=0ahUKEwj-z4br-M3QAhVD1hQKHZeKCQ0Q_AUIBygC#imgrc=FRd7G3iFnpqJEM%3A
 
 
 
 
 
 

KOMENTARZE

  • Bolszewik w głębi duszy
    ,,Janek, który tak mocno i żywiołowo odczuwa przestarzałość i zgniliznę wielu form naszego życia, mówi w chwilach szczerości: - A czy wiesz, że w głębi duszy jestem także bolszewikiem?”

    Jakże typowe: ,,mocno i żywiołowo odczuwa przestarzałość i zgniliznę form naszego życia", ale za wszelką cenę do nich dąży i przyjmuje je jako sobie należne, przy czym ten pierwiastek zawiści występujący u Kasprowicza, opisywany przez Krzywickiego jest zawsze obecny.

    Na myśl mi przyszły słowa Jordana B. Petersona, psychologa i nauczyciela akademickiego z Uniwersytetu Toronto, który zapewne od stycznia już tym profesorem nie będzie, ze względu na jego protest przeciwko politycznej poprawności i nowemu prawu ograniczającemu wolność słowa i sankcjonującemu ideologie genderyzmu. Peterson, któremu nie sposób zarzucić głupotę albo niewiedzę dotyczącą psychologii czy działalności lewaków, od których uniwersytety się roją, wypowiadając się na temat lewactwa, stwierdził, że wbrew retoryce, nie dba ono o losy pokrzywdzonych (nieuprzywilejowanych), natomiast ich głównym motywem działania jest zawiść wobec tych, którzy w życiu mają - otrzymali lub zdobyli (także ciężką pracą) więcej niż oni sami.
    No ale żeby o tym głośno powiedzieć, trzeba mieć kręgosłup i odwagę cywilną, jaką ma Jordan Peterson, właśnie ostracyzowany i niszczony przez orwellowski kanadyjski system równości dla wszystkich, a szczególnie niektórych.
  • Te gacie to wisiały na jedlinie, a nie na drabinie
    No proszę, a ja myślałem, że KOSSOBOR to sztuka, malarstwo, konie...., zresztą zawsze na poziomie, a dzisiaj taki ciekawy wpis, zupełnie coś innego. Jeszcze drobiazg, ten wierszyk o gaciach Lenina w Poroninie, to wygłosił Bogdan Pęk w europarlamencie, w celu skłonienia do refleksji lewackich posłów europarlamentu, a dosłownie wymierzone były w tzw. "lewackiego ducha krążącego po parlamencie". Czy pojęli? Wątpię.
    Pozdrawiam
  • @Lotna 18:41:39
    To rzeczywiście była parada durniów, na dodatek roznoszących z sukcesem tę śmiertelną chorobę, zakończoną powszechnym rabunkiem ludzi, którzy coś posiadali i potrafili czynić z tego użytek, takich właśnie, jak Kościelski. Naturalnie rabowali dla siebie - przecież doskonale o tym wiemy. Całe wyposażenia polskich dworów znalazły się w domach funków komunistycznych. No więc u nas te Środy i Ikonowicze za lud cierpiące nam nie robią, a w Kanadzie jednak szok, gdy im ktoś unaoczni ichnią prawdę.
  • @Jeremi 18:58:43
    Obie wersje; z drabiną i jedliną funkcjonowały za komuny.
    Ten duch tam będzie krążył, bez złudzeń.

    Pozdrawiam również.
  • @Jeremi 18:58:43
    http://kossobor.neon24.pl/post/116896,jan-wedel-o-wlasnosci-i-doktrynie

    Proszę jeszcze, w chwili wolnej, przeczytać zalinkowany powyżej artykuł.
  • @KOSSOBOR 20:04:17
    Dzięki za ten link. Wcześniej dużo dobrego wiedziałem o rodzinie Wedlów, a ten tekst tylko mnie w tym utwierdził. Przykład Jana Wedla pokazuje, jakim można być przedsiębiorcą, dbającym w sposób niezwykły o swoich podwładnych, o firmę, będąc jednocześnie człowiekiem uczciwym i wielkim patriotą. Dzisiaj takich ludzi już nie ma, ostatni zmarł w marcu 1960r.
  • @Jeremi 21:41:29
    To nie jest kwestia, że takich ludzi już nie ma. Zabrano nam własność, więc nie mamy podstaw materialnych, by czynić dobro NA WŁASNY RACHUNEK. Lewactwo /co to Lotna o nich powyżej pisze/ roznadziło się w "fundacjach" za nasze podatki. Tacy to "społecznicy".
  • @KOSSOBOR 20:00:09
    Koscielski włożył tyle trudu i środków finansowych w tę osobę. Żal.

    .
  • @KOSSOBOR 22:06:47
    Obserwacje na moim podwórku taką mi myśl podsuwają: przede wszystkim ludzie, w istniejących warunkach, chcą się jednak bogacić. By dojść do zamożności - choć tyle. Korzystając z istniejących szczelin. Bez krzywdy ludzkiej. Przyzwoicie.
    Czy nie zostaną obrabowani? Czy będą umieli zabezpieczyć rozmaicie osiągnięte zyski?
    Nie wiem.

    .
  • @Marylka Sztajer 22:52:32
    Gdyby wyrodek Krzywicki nie pochodził jednak z ziemiaństwa, nie mielibyśmy tak pikantnych /"w temacie"/ wspomnień o Kasprowiczu.
  • @Marylka Sztajer 22:57:31
    Każdą uczciwą pracę i zdobyty majątek można załatwić jednym, rewolucyjnym dekretem. Co pokazali komuniści w 1944 roku. Można też operować tzw. domiarami, co komuna czyniła w latach następnych. Można - bez wojny - nakładać takie podatki, że twojego majątku nigdy nie zdołasz istotnie powiększyć. To jest nieustający rabunek, wykorzystujący tę ludzką cechę, która każe gromadzić dobra i zapewniać tym samym człowiekowi bezpieczeństwo.
  • Piękne.
    Nie tylko gacie;).
    A mówiąc już na serio: dziękuję za wymowny tekst.
  • @bez kropki 10:50:19
    Tak mi się jakoś to skomponowało, po dość rozstrzelonych w istocie lekturach. Ale tzw. myśli przewodniej jestem pewna na 100%. To trwa i jest utrzymywane do dzisiaj /Jurgiel: żadnych OBSZARNIKÓW tu nie będzie!/ Przecież gdyby było inaczej, to załadowana Miłymi po dach smoczyca przyjechałaby do K. i tam Kropka mogłaby zbierać te ziółka, daleko od dróg. A dla Delfiny byłoby mleko niepasteryzowane i w ogóle, wiesz.

    Dzięki za dobre słowo.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

ULUBIENI AUTORZY

więcej