Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
369 postów 12603 komentarze

KOSSOBOR

KOSSOBOR - Niby z porządnej rodziny, a do komedyantów przystała. Ci artyści...

Kabul. Dziwny koń.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Wszakże nie są to nasze własne zwierzęta, ale konieczność rozstania z nimi poczytujemy za dramat. Ten, kto jeździł konno - wie, o czym mówię. Jednak po Kabulu nie płakałam.

 

 

Kabul urodził się 26 maja 1988 roku w Stadninie im. Pierwszej Armii Konnej, głęboko w Związku Radzieckim.

 

Do Polski przyjechał w 1993 roku, jako młody ogier. Przez krótki czas był w treningu sportowym, ale dość szybko odmówił współpracy: „Skakać nie mam zamiaru. Chyba – że sam”. To był powód, że następnych prawie 10 lat przepracował w szkółce jeździeckiej. Gdy tam trafiłam - zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia.

Nic dziwnego…

 

 

Kabul „kawał cwanego drania o ogromnej mądrości”, jak pisze o nim Kamila, miał wprawdzie swój zagorzały fan klub, ale nieliczny. To znaczy – ekscentryczną Kamilę i mnie. Gdy Kamila wyjechała do Lublina, by tam studiować weterynarię czy zootechnikę, fan klub Kabula zmniejszył się o 50 procent. Nie narzekałam. Kochałam na zabój i kropka. Jeździłam Kabula prawie codziennie, to był koń w sam raz dla mnie. Do tej stajni bowiem przywlokłam się o lasce, którą dyskretnie schowałam za siebie, rozmawiając wstępnie z właścicielką. Bałam się, że wywali mnie na zbitą twarz, widząc te moje niesprawności. I właśnie dzięki Kabulowi roztarły się te wszystkie stalagmity i stalaktyty w biodrach – zaczęłam normalnie chodzić, a laska służy do przesuwania zasłon w oknach.

 Kabulowa filozofia życia opierała się bowiem o dwie skrajności: nicnierobienie i chryję. Nicnierobienie było zmorą mniej wprawnych jeźdźców. Kabul stawał na środku maneżu i trwał tam nieporuszony. Gdy jeźdźcowi udało się nakłonić go do zrobienia kroku – robił ten krok i… trwał dalej. Albo udawał, że chce siusiu. A koń, by zrobić siusiu, musi stanąć. Więc stał z wyciągniętymi do tyłu nogami, a jeździec musiał wówczas unieść się w strzemionach, by koniowi ułatwić tę czynność. I tak obciachowo stali przez 15 minut ku ogólnej radości pozostałych jeźdźców i naturalnie żadnego siku nie było. Nawet po powrocie z jazdy do stajni, gdy konie, uwolnione od siodła i popręgu często załatwiają tę czynność fizjologiczną – Kabul nie wykazywał żadnych takich potrzeb, które przed chwilą sugerował.

Skutecznie też unikał pracy, gdy na padoku, po deszczu, była ogromna i głęboka niemal po kolana kałuża. Na środku tej kałuży była mała wysepka. Tam trwał Kabul. Wiedział, że jest praktycznie nietykalny. Wszystkie pozostałe konie już dawno i grzecznie wróciły do stajni, na jazdę, a Kabulon tkwił na tej niedostępnej wysepce z cwaniacko uśmiechniętą miną: „No i co mi zrobisz?”. Żadne zaklęcia, ani podlizywania się cukrem, ani wywrzaskiwane wciórności gada nie ruszały. Po godzinie /czas jazdy/ spokojnie podchodził do wrót padoku, by udać się do stajni na zasłużoną kolację.

 

 

Owszem, kiedyś uległ cukrowi… Hmm… mieliśmy w stajni jedną kobyłę. Właśnie była razem a Kabulem na padoku. Kabul bardzo się nasładzał, mimo że już był wałachem. Byłam zrezygnowana – z jazdy nici zapewne, bo tu kabulowe amory bez sensu. Jakoś tak położyłam na ręce dwie kostki cukru i powiedziałam: „Kabul, proooszę…” I Kabul stwierdził, że – no właśnie, że te jego amory wobec Harfy są jednak bez sensu, a cukier to chociaż konkret. Zostawił więc apetyczny kobyli zad i przydreptał do ręki. Ot, życie mądrego wałacha.

Godzina zemsty? Była, była! Tęgi mróz ściął kałużę na padoku. Wyprowadzając konie, zawsze trzeba opanować ich wstępną radość z wolności i opanować „odpalanie” konia we wrotach padoku. No to mu to wszystko mówię, ale gdzie tam! „Odpalił”, naturalnie /w konie w czasie mrozu wstępuje duuuża energia!/ ale tylne nogi nie chwyciły podłoża, klapnął na zadek i w tej psiej pozycji, gnany swoim impetem, przejechał kilkanaście metrów po lodzie  z miną tak głupią, że skręcałam się ze śmiechu. Obraził się, naturalnie. Złapał na drugim brzegu lodowiska podłoże, stanął i tak odwrócony tyłem udawał, że szalenie interesuje go zapach na zmarzniętym piachu.

 Oprócz nicnierobienia – ukochaną rozrywką Kabula była chryja. Chryja polegała na genialnym otwieraniu wszelkich zamknięć i wypuszczaniu koni. Gdy stado galopowało radośnie po Hipodromie, wiadomo było, że to nasze, wiadomo było, kto otworzył padok i kto jest prowodyrem szalonych i radosnych gremialnych ucieczek. Połapanie takiej rozbrykanej i rozhukanej watahy jest wielce problematyczne. Zwłaszcza, że połać Hipodromu jest ogromna i konie doskonale wiedzą, że należy wiać.

Kiedyś, listopadowym wieczorem, idąc na Hipodrom, zobaczyliśmy na bardzo ruchliwym skrzyżowaniu dwupasmówki z tramwajem gromadę brykających i ślizgających się po asfalcie koni… Było ciemno i padał deszcz. Zbiegowisko i krzyki. Samochody i tramwaje stały. Jasna cholera! Czyje konie? No ale w środku buszował Kabul… wiadomo… jednak nasze. Cała przygoda zakończyła się w sumie szczęśliwie, dzięki Bogu, ale odtąd wymyślaliśmy nieprawdopodobne patenty na zabezpieczenie wrót padoku.

Oprócz dużych chryj – godne uwagi Kabula były i małe chryje. Podczas czyszczenia delikatnie wysuwał się z boksu, ot, na długość szyi i szybkim ruchem otwierał zapadki od drzwi do sąsiednich koni. Nie to, żeby uciekał, ale mała chryjka w stajni zawsze cieszyła, bo, naturalnie, uwolnieni gwałtownie koledzy okazję wykorzystywali. I zawsze było weselej. Kabulowi. Obserwował potem całe zamieszanie spod półprzymkniętych powiek, z tym szczególnym uśmieszkim na pysku…

 

Kabul /po Kadet od Barbara/ jest klasycznym kasztanem budionnowskim, z nieco ciemniejszą grzywą i ogonem. Ma przepiękną złocisto – miedzianą maść, olśniewająco skrzącą się w słońcu. To pozostałość po dońcach. Wśród przodków po stronie matki ma pra i prapradziadka pełnej krwi, jednak charakterystyczny pokrój zachował po koniach dońskich. Kamila pisze, że był utrapieniem instruktorów i jeźdźców. Dla mnie jednak, a i zapewne dla Kamili, nie był żadnym utrapieniem. Jakoś tak intuicyjnie wyczułam, że z Kabulonem można tylko po dobroci /nie mam przeciwnych inklinacji/. I niedawno to wyczytałam w opisie rasy - nie znosi przemocy. Ale Kabul sam jakby narzucał takie postępowanie, tylko należało słuchać, co koń do ciebie mówi. Był bardzo pamiętliwy – kiedyś, gdy włóczyliśmy się po Hipodromie przed zawodami, ktoś z gości zawodów krzyknął za nami: „Proszę pani, czy to jest Kabul?” i... Kabula natychmiast tam nie było! Galopował, aż miło! A właściwie – wiał. Udało się wysiedzieć, chociaż nie byłam przygotowana na taką niespodziankę. Okazało się, że był to pierwszy właściciel konia – człowiek bezwzględny.

Spędzaliśmy z Kabulem tyle czasu, ile się dało. Byliśmy nierozłączną parą zwłaszcza, że nie było specjalnie amatorów na jazdę na nim. Poza bowiem predylekcją do nicnierobienia /obciach dla jeźdźców/ i chryj, miał już powoli swoje lata: w miejscu połączenia szyi i piersi zrobiło mu się to charakterystyczne dla koni starszych wiekiem, z orientalna krwią, znamię, zwane sztychem Allaha. Pozwalałam mu iść swoim tempem przez pierwsze dwadzieścia – trzydzieści minut. Nie poganiałam go. Niech się rozgrzeje i rozchodzi, jak to starszy pan. Potem prosiłam o więcej i Kabul z wielką starannością nagradzał moją cierpliwość wspaniałym, energicznym kłusem. Cały Hipodrom był nasz :)))  

Któregoś roku wyjechałam na cały wrzesień na plener malarski. Po powrocie nie zastałam już Kabula. Kochana, ekscentryczna Kamila wykupiła go i zapewniła Kabulowi wspaniałe dożywocie na zielonych, mazurskich łąkach, wśród pięknych, fryzyjskich dam. W których się zakochuje, nie bacząc na okoliczności…

 

[Na fotofrafii, oprócz Kabula - zadek przystojnej, fryzyjskiej brunetki.]

 

Dziękuję, Kamilo! Szacun!

 

I dlatego nie płakałam po Kabulu.

Chociaż serce mi pękło i śni mi się ten koń do dzisiaj. Ale przecież kiedyś się spotkamy...

 

Fotografie zapewne robiła Kamila, mam nadzieję, że nie będzie „ACTA”, że je tutaj zamieściłam.  

 

 

 

 

 

KOMENTARZE

  • @ Uzupełnienie
    http://www.budionny.boo.pl/kabul.php

    To link do notki Kamili o Kabulu. Tamtędy również można wejść po informacje o rasie budionnowskiej.
  • @ZeZeM. 01:27:03
    No to niech wszystkim naszym koniom się tak darzy, jak Kabulowi :)
  • @KOSSOBOR
    Ech...piękne to było, ąz zrobiło mi się markotno...
    Może to odezwała się stara kniaziowska krew, gdzie przecież było pełno koni.
    Wygląda na to, że Kabul posiadł wielką mądrość życiową i odpłacał wam za wywałaszenie (albo jak to się tam ta kastracja nazywa).
  • @Kossobor
    Ach! ileż tracą ci, którzy uważają, że zwierzę jest głupie i nie ma swojego rozumu ani emocji, że jest to prosty mechanizm.

    Piękna opowieść.

    Pozdrawiam
  • @jazgdyni 06:59:16
    Tak jest świat urządzony przez Pana Boga, że nasze zwierzęta żyją krócej od nas. I popatrz - to jest dobry zamysł. Chociaż bolesny...

    Niestety - stety, kastracja jest konieczna. Ogiery - to zupełnie inna bajka.
  • @Ewa Rembikowska 08:51:34
    Ludzie żyjący blisko zwierząt tak nie uważają. Bo je znają. Owszem, stopień mądrości może być różny. Ale emocje zawsze są.

    Pozdrawiam :)
  • Dziękuję za piękne opowiadanie.
    Pozdrawiam!
  • @Imaginacja 11:25:00
    :)

    Bo warto sobie opowiadać historie... :)

    Pozdrawiam również.
  • @KOSSOBOR 11:13:21
    Poczytaj o kocurach, ale proszę, już nie skacz po moich zwłokach.
  • @jazgdyni 12:05:10
    Chwilowo zawieszam skakanie - aż wydobrzeję. Co potrwa. Więc może zdołasz się wykupić następnymi opowieściami :)
  • KOSSOBOR
    Śliczna opowieść:) Dzięki.
    Koń budionnowski wywodzi się od koni czarnomorskich i klaczy dońskich krytych ogierami pełnej krwi angielskiej. I jest łagodny i inteligentny.
    Dziadek Bogumiła najchętniej używal własnie koni budionnowskich.
  • Fantastyczna opowieść !!!
    Po przeczytaniu
    można się zarazić miłością do
    4 - kopytnych
    braci mniejszych ??? :)))
    Dzięki .
    Działa jak promyk słońca w te
    lodowate i ciemne dni ,
    ale że jestem uparta jak ten osioł to pozwolę sobie jeszcze powrócić do sprawy:
    ".....nie będzie „ACTA” "
    i zamieścić komentarz uwielbianego przeze
    mnie za celne riposty Stanisława Michalkiewicza
    http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=29307
    Naprawdę warto posłuchać.
    Pozdrawiam :)
  • @sigma 19:02:18
    Tak. Rosjanie wyhodowali cudnego konia, biorąc pod uwagę, jak ordynarne były konie kozackie. Widziałam budionny /z Estonii/ na CSIO, ale w typie "angielskim" bardziej. Kabul ma pokrój po dońcach, specyficzny. To nawet nie jest końska indywidualność - to jest indywiduum! Jeżeli żyje - ma teraz 24 lata. A może żyć, bo ma dużo krwi orientalnej, a to koniki długowieczne. No i to jego ukochane nicnierobienie od lat :))), jeno teoretyczne amory. Może ktoś, przypadkiem od strony Kamili tu trafi i napisze słówko? Kabul roztacza swe bezpieczne wdzięki w Czarnówce na Mazurach, w Hodowli Koni Fryzyjskich.
    Ale nie wiedziałam, że przed wojną w Polsce, na Kresach używano budionnów. Muszę przepytać Bogumiła!
  • @inka1 19:47:59
    A dzięki, bo wysłuchałam tylko końcówki, którą obcięło. Michalkiewicza również uwielbiam! A robię tak: gdy już bałwanieję /to szwejkowskie/ od ilości sprzecznych i dziwnych informacji, robię sobie raz w tygodniu prasówkę na stronie z felietonami panamichalkiewiczowskimi. I zaraz świat ustawia mi się na czterech łapach! :]]]

    Oooo, o koniach to ja mogę... bez końca... Jeno nie chcę się narzucać z tematem, bo on taki popularny nie jest. A nawet przez niektórych odbierany jako... hmm, nawet nie ekscentryczny, a "wrogi klasowo" - tak komuna skutecznie zlasowała mózgi. A najchętniej to bym o koniach nie gadała, jeno siedziała w stajni. Teraz trochę zimno, a warunki tam, gdzie jeździmy z Sigmą - bardzo spartańskie. Konie mają bardzo dobrze, ale ludzie - już mniej. Zrobienie siusiu w zamarzniętym kiblu jest jednak pewnym problemem ;) No ale jak będzie wiosna - ooo, to skończy się to plumkanie po klawiaturze i zacznie się prawdziwa stajnia! :)
  • @KOSSOBOR 20:40:03
    Dziadek jeździł w jednostce czerkieskiej (stacjonowali w Odessie) w wojsku carskim.
  • @sigma 21:24:31
    Aaaa... To stąd ta dżygitówka, o której opowiadał Bogumił :)
  • @KOSSOBOR 22:31:05
    Nasi ułani tego nie ćwiczyli;)
  • @Iza 22:52:16
    Piszmy więc! :)
  • @Iza 22:52:16
    No właśnie... Przed chwilą komuś bardzo nie spodobała się ta notka... i przywalił 1 gwiazdkę. Koni nie lubi czy co? A może lubi koninę i uważa, że po zakończeniu "używalności" należy konia przerobić na mięso??? My też mamy swoją ograniczoną wiekiem "używalność"...........

    Ale chyba to ten facet, który wczoraj chamsko popluwał pod irańskimi postami. Najpierw dostał uprzejmą prośbę o zmianę języka, potem ostrzeżenie o wywaleniu, a potem bana. Więc dalej popluwa, jak tam potrafi :(

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

ULUBIENI AUTORZY

więcej